internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Dzień bez Google

Lista spraw, które załatwia się przy pomocy Google ulega stałemu i konsekwentnemu wydłużaniu. Gmaile, YouTuby, AdSensy a nade wszystko mania wyszukiwania sprawiają, iż po jakimś czasie człowiek marzy by – wzorem dnia bez papierosa lub dnia bez samochodu – odpocząć od sieciowego giganta. No i choć przez 24 godziny nie oglądać kolorowego logo wymyślonego w słonecznej Kalifornii. W celach instruktażowych przestawiamy przykładowy rozkład dnia z całkowitym pominięciem Google. Dzień bez Google służy wyłącznie celom szkoleniowym ponieważ każdy z Czytelników sam może sobie taki dzień zorganizować. Z góry życzymy powodzenia.
 
Godzina 8.00.
Śniadanie zjedzone, ale sieci włączać nie wolno, w końcu jest dzień bez Google. Można poczytać. Otwieramy najnowszą powieść Dana Browna „Zaginiony symbol”. Rzecz została napisana sprawnie oraz nasycona stosowną ilością niesamowitych teorii na temat masonów (którzy jak wiadomo są – oprócz cyklistów – przyczyną wszelkiego nieszczęścia). Gdzieś w połowie lektury wpadamy na realistycznie odmalowaną scenę wyszukiwania w internecie przeróżnych powiązań. Jedna z bohaterek podczas analizy znajduje za pomocą Google (miał być dzień bez Google!)  tajemniczy sieciowy dokument, który – choć posiada właściwe słowa kluczowe – nie daje się odczytać. Prosi więc o pomoc znajomego hakera, ten zaś bez trudu ustala lokalizację pliku. Okazuje się, iż plik siedzi sobie spokojnie na serwerze należącym do CIA (Centralna Agencja Wywiadowcza). Kiedy CIA orientuje się w machinacjach hakera, wpierw dzwoni do niego, potem zaś zabiera na przesłuchanie i magluje na potęgę. Akcja książki, która już niemal zatrzymywała się w martwym punkcie może ruszyć do przodu. Dzięki Google.
 
Godzina 10.00.
Przyszedł listonosz i przyniósł listy. Dziś od Google (miał być dzień bez Google!) są tylko trzy i wszystkie zawierają to co zawsze – bezpłatny kupon wartości 150 zł na usługi reklamowe w globalnej wyszukiwarce. Po co oni przysyłają te kupony? Najprawdopodobniej stoi za tym CIA (Centralna Agencja Wywiadowcza).
 
Godzina 11.30.
Skoro z książki Browna nici, to może mają coś ciekawego w księgarniach? Mają. Na półce spoczywa całkiem nowa pozycja, w której autor stara się nas przekonać, że Google (miał być dzień bez Google!) z sardonicznym rechotem wdziera się w nasze życie. Zapisuje na dyskach pliki cookies, analizuje nasze sieciowe zachowania, tworzy narzędzia, które stają się niezbędne, przez co uzależnia nas od siebie. Na dodatek do swoich niecnych celów wyszukiwarkę wykorzystuje CIA (Centralna Agencja Wywiadowcza).
 
Godzina 14.00.
Obiad zjedzony. Skoro jest dzień bez Google można wybrać się do kina: grają „Ghostwritera” Romana Polańskiego – rzecz na czasie, szeroko reklamowaną i przeznaczoną dla każdego rodzaju widza. W połowie filmu główny bohater próbuje znaleźć powiązanie między poznanym niedawno dystyngowanym dżentelmenem a CIA (Centralną Agencją Wywiadowczą). Bez wahania sięga do Google (a miał być dzień bez Google!) i z wprawą internetowego weterana wpisuje nazwisko delikwenta oraz wyrażenie „CIA” łącząc je zgrabnym operatorem logicznym „+”. Google chwilę myśli po czym zaczyna wypluwać z siebie całe tabuny powiązań. Już wydawało się, że film zamiera – akcja stanęła bowiem w martwym puncie – a tu taka niespodzianka... Dzięki wyszukiwarce główny bohater może nabrać stosownych podejrzeń i udać się we właściwą stronę. No i dzięki temu film w ogóle może się skończyć (choć trudno nazwać to zakończeniem szczęśliwym).
 
Godzina 23.57.
Uff. Jeszcze trzy minuty i będzie można włączyć komputer. Jakoś udało się przeżyć jeden dzień bez Google. Jutro odpoczywamy – będzie dzień bez CIA.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies