internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Przyznać trzeba

Cyfrowy świat często wymaga od nas stworzenia nowych definicji starych, znanych już pojęć. Przed nastaniem internetu przyznanie się do czegoś oznaczało akt skruchy połączony z wyjaśnieniem własnej winy oraz wszystkich okoliczności niefortunnej sytuacji. Definicja ta – choć oczywiście obowiązuje nadal – w cyberświecie bywa iluzją. Niniejszy felieton ma na celu stworzenie całkowicie nowej definicji sieciowego przyznania się do winy. Aby uniknąć zarzutów, iż zajmujemy się przykładami niszowymi, różne sposoby przyznawania się ukazano na przykładzie największych, najmądrzejszych i najbardziej znanych graczy internetowego świata.
 
Yahoo przyznaje się do wycieku danych osobowych
W zasadzie słowo „wyciek” jest w tym przypadku nie na miejscu; lepszym terminem byłby „wylew danych” ponieważ sprawa dotyczy pół miliarda osób. Ktoś pół miliardowi ludzi zakosił imiona, nazwiska, daty urodzenia, adresy poczty elektronicznej wraz z hasłami i pytaniami pomocniczymi oraz numery telefonów. Kto to zrobił – nie wiadomo, więc owego ktosia nazywa się w oficjalnych komunikatach „grupą hakerów”. Oficjalne komunikaty informują także bardzo uprzejmie co należy z tą sprawą zrobić – otóż należy sobie zmienić hasło na Yahoo: rzecz jasna w celu zmylenia grupy hakerów. Niestety, jeśli ktoś ma takiego pecha, iż posiada na Yahoo konto pocztowe, operacja zmiany hasła da mu mniej więcej tyle, co umarłemu kadzidło. Grupa hakerów okradła bowiem Yahoo w roku 2014, komunikat o kradzieży ogłoszono zaś po dwóch latach. Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że gdyby nie audyt, któremu w związku ze sprzedażą Yahoo musiało się poddać, o całej sprawie nikt by się w ogóle nie dowiedział. No ale trzeba uczciwie przyznać, że Yahoo się przyznało.
 
Facebook przyznaje się do manipulowania statystykami wyświetleń filmów
Dyskusje na temat statystyk wyświetleń filmów na FB trwały już od wielu miesięcy, bo czujni zjadacze sieci nieufnie podchodzili do tysięcy wyświetleń w serwisie pana Zuckerberga. Jedni próbowali porównać statystyki z tym, co podaje YouTube: w końcu można ten sam film umieścić w obu strukturach. Wychodziły dziwne rzeczy, bo pięć miliardów codziennych wyświetleń YT (co do tej pory stanowiło rekord globu) nagle zbladło przy facebookowych ośmiu miliardach. Inni tłumaczyli, iż film na osi czasu uruchamia się sam, więc czy to się komuś podoba, czy nie – wyświetlenie zostaje zaliczone. Dziwnym zbiegiem okoliczności problem statystyk na FB zaczął się w 2014 roku, zaś przyznanie się do winy – czyli do zawyżania danych dotyczących wyświetleń filmów – odbyło się dwa lata później. Pół biedy, jeśli chodzi o zwykłych przesyłaczy, którzy dzielą się ze światem własną twórczością filmową. Im nic się nie stało, co najwyżej wpadli w nieuzasadniony samozachwyt. Gorzej z kontrahentami, którzy zlecili korporacji Zuckerberga określoną liczbę emisji za określone pieniądze; o ile bowiem pieniądze się elegancko zgadzały, o tyle liczba emisji – już nie. Finał sprawy jest jednakowoż tylko taki, że Facebook się przyznał.
 
Google przyznaje się do znikania Wrocławia
Na przełomie zimy i wiosny 2016 roku miasto Wrocław zaczęło znikać – na szczęście jedynie z usługi Google Street View. Z dnia na dzień, zdjęcie po zdjęciu, ulica po ulicy. Zniknęła Sucha, Swobodna, Peronowa, Komandorska a nawet Strzeleckiego oraz Wyszyńskiego. W internecie nie da się ukryć nawet zniknięcia nieaktualnego drogowskazu na polnej drodze, więc gdy zaczęło zżerać zacny i piękny gród, ludzie zaczęli spekulować. Może powodem są zgłoszenia naruszające czyjeś prawo do wizerunku? Raczej nie, bo w przypadku takiego zgłoszenia brat Google ogranicza się do rozmycia twarzy lub numeru rejestracyjnego samochodu. Może trwa jakaś wymiana danych na nowsze? Raczej nie, bo Wrocław dysponował fotografiami aktualnymi. W końcu sytuacja wyjaśniła się, bo Google przyznało się do błędu. Błąd nazwano „błędem w oprogramowaniu” co znaczy mniej więcej tyle samo, co „grupa hakerów” czyli: za cholerę nie wiemy co się stało. Zgodnie z obietnicą zawartą na początku niniejszego tekstu podaje się nową, internetową definicję przyznania się. Otóż przyznanie się nie oznacza kompletnie nic.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies