internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Zamek na piasku

Media sezonu ogórkowego zostawiły tym razem w spokoju Nessie i kręgi w zbożu: pojawił się bowiem facet budujący zamki na piasku. I z piasku. Facet (uprzednio konserwator zabytków) otrzymał dotację na działalność gospodarczą polegającą na wznoszeniu piaskowych budowli w obrębie kołobrzeskiej plaży, co skutecznie czyni. W związku z powyższym wszyscy zastanawiają się nad utratą sensu wersetu z Biblii (a przez zapożyczenie także piosenek wyśpiewanych przez Korę Jackowską czy Janusza Panasewicza). Zarówno Nowy Testament, jak i wspomniani artyści głupcem nazywają człowieka wznoszącego budowlę na piachu. Rzeczywistość pokazała, że idiotyczne to już wcale nie jest, mało tego – można z czynności owej żyć i dostawać solidne wsparcie finansowe z tak zwanych środków publicznych. Ludzi nieobeznanych z internetem sprawa owa podnieca, nas – nie. Zamki na wirtualnym piasku znamy od lat.
 
 Już jakiś czas temu szwedzkie miasto Malmö postanowiło – kosztem ponad miliona tamtejszych koron wpłaconych uczciwie przez podatników – zaprezentować się w wirtualnym systemie Second Life. Idea była szczytna, obywatelska i przyszłościowa. Niestety: gdy kasę wydano i uruchomiono kopię Malmö w wirtualu, okazało się, że Second Life staje się niemodny – urzędnikom nie pozostało więc nic innego, niż zamknąć projekt i wycofać się z systemu bez jakiegokolwiek efektu. Chociaż nie, efekt jednak spuentowano wydając resztkę pieniędzy na przyjęcie w ratuszu miejskim: i wcale nie wirtualne tylko z realnym, solidnym żarciem. W internecie bowiem – pod wspaniałymi hasłami – można bez trudu przepuścić każde pieniądze, Malmö nie jest w tej dziedzinie ani egzemplarzem jedynym, ani nawet specjalnie wybitnym. Publiczne pieniądze bez cienia litości kierowane są w systemy informacji kulturalnej (których nikt nie czyta), kioski dostępowe (z których nikt nie korzysta) oraz profile w społecznościowych systemach (z których po miesiącu nic już nie zostaje). Nie tylko w Szwecji, nie tylko w Polsce i nie tylko w Unii Europejskiej, choć ta ma bez wątpienia cały szereg zasług na opisywanym polu.
 
 Nawet projekty o mocno komercyjnym podtekście potrafią nas zaskoczyć piaskową filozofią. Kickstarter – amerykańska platforma służąca zbieraniu pieniędzy na wartościowe projekty wśród inwestorów prywatnych także niedawno wprawiła w osłupienie światową widownię. Ze swoim pomysłem wystartował bowiem człowiek (Zack Danger Brown), który uczciwie ogłosił iż potrzebuje jedynie 10 dolarów. Zebrane od inwestorów pieniądze chciał przeznaczyć na zakup składników i przyrządzenie sobie ziemniaczanej sałatki, którą następnie planował spożyć. Póki co na jego kickstarterowe konto wpłynęło ponad 50 tysięcy dolarów i wiele wskazuje na to, że wpłynie o wiele więcej. Żartowniś zrobił już ze swojego dowcipu całkiem sprawnie kręcący się biznes – oferuje koszulki, książki kucharskie, nawet wiersze a realne dolary płyną do niego wirtualnym strumieniem.
 
 Tymczasem w Polsce rozpoczęło się pączkowanie naszych własnych, rodzimych systemów kickstarterowych. Zbieranie pieniędzy w celu zrealizowania idei zatacza więc coraz większe kręgi: na wsparcie czeka autor przyszłego komiksu o śmierci generała Sikorskiego, organizatorzy placu zabaw w Janowicach Wielkich, Małgosia o aksamitnym głosie marząca o wydaniu własnej płyty. Ludzie zaś czytają, oglądają ich filmowe prezentacje i decydują o wsparciu (lub o braku wsparcia). No i znów pojawia nam się piasek, bo – być może – deklarowane kwoty o zawrót głowy nie przyprawią, ale ziarnko do ziarnka i przy pomocy zebranej miarki niejeden autor projekt swój sfinalizuje. Musimy jednak zdać sobie sprawę z różnic między internetowymi projektami w stylu Malmö a kickstarterowym biznesem, bo sprawy te łączy jedynie globalna sieć a dzieli wszystko. Różni je geneza – w pierwszym przypadku zaczyna się od urzędniczego wymysłu bez pokrycia, w drugim – nowatorski często pomysł. Różnią się mechanizmem weryfikacji, gdyż w pierwszym świecie jest ona albo sztuczna, albo nie ma jej wcale. W drugim: ideę weryfikują setki jeśli nie tysiące niezależnie myślących ludzi. No i jest jeszcze różnica trzecia – kickstarterowcy otrzymują prywatne pieniądze prywatnych osób, programy finansowane centralnie pożerają środki publiczne. I może dlatego tak często zdarza im się totalne fiasko na piasku.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies