Gra w kolory

przez marc

Z naukowcami trudno dojść do ładu, bo częstokroć teorie, które udaje im się sformułować bywają ze sobą sprzeczne. Jedni uczeni udowodnili, że pod wpływem internetu mózg ludzki zaczyna reagować wolniej, staje się leniwy i stale liczy na podpowiedzi z pamięci podręcznej zwanej globalną siecią. Inni badacze mają zdanie odmienne. Kanadyjscy naukowcy uważają bowiem, iż ludzki umysł jest w stanie ocenić stronę internetową (oraz zbudować swoje nastawienie do tej strony) w czasie 50 milisekund. Cóż takiego człowiek może zobaczyć i w dodatku wyrobić sobie opinię w ciągu jednej pięćsetnej części sekundy? Na pewno niczego nie przeczyta, niespecjalnie zdąży też zapoznać się ze zdjęciem czy grafiką, umknie mu także konstrukcja blokowa strony. Ale coś zostanie: to kolor.

Kolory są atawistyczne, bo jak inaczej potraktować wskazówkę jednego z podręczników do projektowania stron www, by przyciski prowadzące do transakcji (typu „kup teraz”, „zamów” „do koszyka” i temu podobne) wykonywać w kolorze czerwonym. Ma to ponoć działać jak płachta na byka. Użytkownik widzący red button rzuca się na niego znacznie chętniej, niż na taki sam, ale w innym kolorze. Czerwień zresztą zwiększa skłonność obserwatora do ryzyka. Jeżeli chcemy kogoś namówić na posiłek, powinniśmy użyć koloru pomarańczowego – zdecydowanie wzmaga apetyt. Kolor ten często spotkać można w serwisach młodzieżowych, co być może tłumaczy dlaczego młodzież jest wiecznie głodna – właśnie z powodu tych serwisów. Czasem interpretacje bywają sprzeczne: czarny z jednej strony postrzegany jest jako kolor depresyjny (podobnie jak fiolet), powszechnie jednak wiadomo, że nic tak dobrze nie nadaje się na podkład do prezentacji fotografii, jak czerń (fiolet za to często używany jest na witrynach z artykułami luksusowymi – ponoć od tego sprzedają się lepiej). Warto przy okazji zauważyć, iż żałobna dla mieszkańca Europy czerń w Indiach smutna nie będzie – tam kolorem rozpaczy jest biel, w Japonii za to biały to kolor symbolizujący brak doświadczenia.


Właściwie poza szarym wszystkie barwy znajdują w internecie jakieś zastosowania – monochromia czarno – biała jest postrzegana jak coś nudnego. Choć prawdziwi dizajnerzy od zestawu takiego nie stronią. Problemy zaczynają się przy łączeniu barw; dowodem na możliwe zakłamanie jest tak zwana siatka Hermana – biały obszar wypełniony czarnymi kwadracikami. Ludzie oko na przecięciu powstałych w taki sposób białych linii widzi szarość, której w istocie tam nie ma. Podobne zjawiska dojrzeć można na witrynach źle zaprojektowanych – błędnie dobrane zestawienia kolorystyczne odpychają, wywołują niepokój. Gdybyśmy mieli wskazać preferencje wynikające z wieku odbiorcy strony internetowej, sprawa jest prosta: im człowiek młodszy, tym bardziej lubi kolory nasycone, ostre, jednoznaczne. Starsi zaczynają doceniać walory pasteli, wolą gdy suwak saturation przesunięty jest na lewą stronę skali. Z kolorami dla kobiet problem jest zawsze: widzą one bowiem wszystko po swojemu – mają écru, śliwkę, pistację, szafir, turkus, lawendę – nie ma się zresztą o co obrażać, to wynika z doboru chromosomów a z chromosomami nie sposób się spierać. Nastawioną na panie witrynę rozpoznamy więc od razu: będzie miała kolor (tak po prostu) mocno nietypowy.

Kiedy już człowieka napakuje się po sam przełyk stosowną psychologiczno – kolorystyczną wiedzą, przychodzi opamiętanie. W końcu ludzie nie po to odwiedzają strony internetowe, by podziwiać ich kolorystykę: pewne znaczenie w tej sprawie może mieć jeszcze zawartość. Nie wymyślono do tej pory koloru, który mógłby zastąpić potrzebną treść, poszukiwane teksty, pożądane filmy. Jeżeli to, czego chce czytelnik strony znajdzie się na tej stronie, nie zniechęci go nawet sadystyczna mieszkanka różu z błękitem, bo wspomniane na wstępie milisekundy decydują co prawda o nastawieniu, ale niekoniecznie już – o realnym odbiorze. I choć komunikowanie wizualne (którego elementem jest kolor) zdecydowanie rośnie w siłę, sieciowe życie wcale nie przypomina pojedynku szachowego, w którym po pierwszym ruchu przeciwnik poddaje się, bo przewidział już całą partię do samego końca. Jedna pięćsetna sekundy to za mało – tu gra się dalej.