Mój nowy chłopak

przez marc

Prace trwały niemal dwa lata i zakończyły się szczęśliwym finałem: serwis oferujący wirtualną narzeczoną lub wirtualnego narzeczonego właśnie wystartował. Na razie tylko w Kanadzie i USA – za 25 dolarów miesięcznie – można zamówić sobie usługę kontaktu z kimś, kogo nie ma. Cenę trudno nazwać wygórowaną: w końcu 10 sms-ów, 10 wiadomości głosowych oraz pocztówka piechotą nie chodzą. Osoby testujące system uznały, iż kontakt jest bardzo przyjemny, możliwości wyboru zaś – spore (wybieramy imię oblubienicy/oblubieńca, nazwisko, wiek, charakter i wygląd). Awatar gada z usługobiorcą jak prawdziwy człowiek, pełen jest najszczerszych intencji i wzbudza zawiść w otoczeniu. Życzliwość wobec nowinek wszelkich wymaga, by – nim pomysł zostanie zasadzony na rodzimym gruncie – spróbować go udoskonalić. Oto propozycje.

Dlaczego tylko partner?
Skoro mamy już gotowe rozwiązania technologiczne, niepotrzebnie koncentrujemy się na sprawach damsko – męskich. Jakże miło byłoby mieć abonament na (tak przykładowo) szefa. Takiego, który po całym dniu pracy wyśle pełną troski wiadomość tekstową z zapytaniem czy na pewno się nie przemęczyliśmy. Albo wystąpi z propozycją jakiejś znaczącej podwyżki pensji; względnie – przyśle pocztówkę z egzotycznego kurortu wzywając nas do natychmiastowego porzucenia wszelkich zajęć i dołączenia do towarzystwa w hotelowym basenie (szampan ma już odpowiednią temperaturę). Efekt pokazania osobom postronnym takiej korespondencji – murowany. Moglibyśmy również uzyskać możliwość zamówienia sobie wiadomości od rodziny: mamusi pytającej, czy na pewno dziecko ma środki finansowe na zakrapianą imprezę lub tatusia sugerującego wypożyczenie najnowszego modelu najmodniejszej limuzyny w celu odbycia wojażu z panienkami. Możliwe jest wykorzystanie świata polityki poprzez zamówienie serii sms-ów od prezydenta, premiera (w ostateczności – ministra) z prośbą o konsultacje w jakiejś ważnej państwowej sprawie.


Dlaczego tylko miło?
Sympatyczna wymiana wiadomości tekstowych (tak naprawdę o niczym) nie wszystkim odpowiada. Skoro tak świetnie sprzedają się katastroficzne filmy czy książkowe horrory, dlaczego nie spróbować metody odwrotnej? Zamawiamy, płacimy i mamy ciągły kontakt z kimś, kto nas obraża, molestuje lub przynajmniej zatruwa życie. Otrzymujemy pogróżki od zorganizowanej grupy przestępczej, listy z żądaniami okupu, wyroki śmierci kapturowego sądu. Jeśli ktoś woli wersję lżejszą: z ciągłymi pytaniami może zwracać się do nas prokuratura, policja lub straż miejska; w tej odmianie pocztówek lepiej nie prenumerować. Ponieważ rynek jest nie tylko chłonny, ale i szeroki, oferta powinna obejmować stworzenia odmienne od człowieka: przedstawicieli obcych, agresywnych cywilizacji uporczywie nagrywających nam wiadomości głosowe. Można wprowadzić potwory w rodzaju grasującej w Meksyku, Boliwii oraz na Mazowszu czupakabry, duchy, upiory i wampiry.

Dlaczego tylko telefonem?
Ograniczanie kontaktu z wirtualnym bytem do komórki jest ewidentnym błędem. Abonament powinien obejmować także wpisy na forach internetowych (ze szczególnym uwzględnieniem komentarzy na Onecie) oraz serwisy społecznościowe. O ileż atrakcyjniejszy będzie wirtualny partner posiadający dobrze udokumentowany profil na FB. Dopiero kompleksowe wykorzystanie wszystkich możliwości globalnej sieci daje gwarancję wiarygodności. Będzie można wówczas pokazać znajomym nie tylko jakiś sms (który w gruncie rzeczy mogliśmy wysłać sami do siebie), ale także całą rodzinę zmyślonego narzeczonego, jego najbliższego przyjaciela z dzieciństwa, fotkę z odbierania pucharu na zawodach pływackich (od czego są programy graficzne) oraz kupioną wczoraj kurtkę. O popyt nie ma się co martwić: skoro sprzedało się wirtualne zwierzątko tamagotchi, skoro wciąż jest rynek wynajmu chłopaka na studniówkę – będzie dobrze. Ważne tylko, by co miesiąc mieć owe 25 dolarów – to jedyna gwarancja udanego związku.