Musk się przegrzewa

przez marc

Jeżeli ktoś nie słyszał jeszcze o Elonie Musku, ma właśnie szansę zaległość ową nadrobić. Rocznik 71, kolejne cudowne dziecko Uniwersytetu Stanforda, twórca PayPal, Tesla Motors oraz SpaceX, majątek (tak mniej więcej) jakieś 13 miliardów dolarów. Do takiej właśnie imponującej wizytówki pan Elon dopisał właśnie – nieco drobnym druczkiem – jedno jeszcze dokonanie. Udało mu się ustalić, iż wszyscy żyjemy w matriksie czyli jakiejś wyrafinowanej symulacji. Pomysł nowy nie jest, w końcu bracia Wachowscy podobny pogląd (choć tylko na potrzeby produkcji filmowej) wyrazili znacznie wcześniej. Jest jednak pewna różnica: film to film, robi się go, by widz dobrze się bawił; nas bardziej interesuje jednak tok myślenia człowieka zasługującego na miano fundamentu ery cyfrowej czy guru teleinformatycznej gospodarki. No właśnie – jak on na to wpadł?

Tok myślenia Muska robi wrażenie. Punktem wyjściowym jest prehistoryczna gra „Pong” symulator (tak, tak) tenisa. Jakiego – nie wiadomo, bo jedni w „Pongu” widzą odmianę stołową, inni – wersję ziemną, co nieźle ilustruje mocno umowną kwestię jakości owej symulacji. Tenisowa piłeczka jest mocno umowna, bo każdy widzi, iż ma przed sobą zwykły kwadrat, może nawet kwadrat zwany pikselem. Rakietki to także piksele tyle, że zblokowane po kilka, kilkanaście egzemplarzy. Tylko aut w poziomie jest autem w miarę prawdziwym, reszta wymaga potężnej wyobraźni: nie ma w „Pongu” lobów ani autów bocznych, sędzią jest mechaniczny licznik dopełniający tej poezji w dwóch kolorach. Jednym słowem (niezależnie od całkiem niezłej grywalności) – prymityw, choć praojciec wszystkich komputerowych gier całego świata.


Elon pokazuje nam „Ponga” po to, byśmy zobaczyli postęp jaki dokonał się od czasu, gdy Atari w 1972 roku dał nam owo cudo do rąk. Faktycznie: postęp powala, bo po 44 latach mamy już rzeczywistość rozszerzoną, o wyśrubowanej grafice i dynamice ruchu nie wspominając. Magiczne słowo „symulacja” nabiera rozpędu zbliżając się coraz bardziej do rzeczywistości. „Pong” był od niej o całe lata świetlne, dzisiejsze produkcje zbliżają się do niej w niebezpieczny sposób. Jeszcze trochę (mówi nam pan Musk), a różnica między symulacją a realnym życiem zniknie. Asasyni będą mordować naprawdę – choć rzecz jasna tylko im się tak będzie wydawało. Simsy będą żyć życiem prawdziwym. Postrzelony przez bandytę policjant będzie czuł ból, krwawił i pałał prawdziwą, szaloną nienawiścią. Skoro jednak – i to jest trzeci punkt wywodu Elona – wszystko wskazuje na to, iż symulacja pełna jest możliwa, dlaczego miałaby ona dokonywać się akurat teraz? Może już się dokonała i żyjemy w symulacji nie wiedząc (jak to w dobrej symulacji), że w niej żyjemy. Ponoć – zdaniem autora teorii – prawdopodobieństwo naszego funkcjonowania w tej jednej, prawdziwej, realnej rzeczywistości wynosi jedynie jeden do wielu miliardów.

Do pomysłu pana z Tesla Motors można mieć wiele zastrzeżeń. Ktoś powie, że ta gra jest jakaś niedorobiona, bo a to katar, a to lato stulecia, a to kupiliśmy coś, co trzeba zareklamować, a to szlag nas trafia z jakiegoś innego powodu. Musk oczywiście odpowie, że cóż z tego, skoro symulacja jest doskonała a nikt nie wie, czy nie kupiliśmy w sklepie z symulacjami jakiegoś okropnego badziewia. Względnie – czy nie trafiliśmy na jakąś mocno przesadzoną cenowo promocję. W opowieści tej mniej ważne jednak jest to, co guru wymyślił, to tylko pomysł, koncepcja, idea. Znacznie ważniejsza jest technologia myślenia. Po pierwsze: to myślenie kategoriami postępu. Myślący zauważa punkt wyjścia (a wcale nie jest to takie proste jak by się mogło wydawać), widzi też punkt końcowy. Później trzeba oszacować skalę, jeśli nie jest specjalnie widowiskowa, nie ma sobie co zawracać głowy dalszym myśleniem. Jeśli skala robi wrażenie, możemy wreszcie pokusić się o prognozę, która wcale nie musi być linearnym rozwinięciem historii. U Muska mamy wyraźny przeskok: skoro postęp lawinowo szaleje, to znaczy, że najwyraźniej już oszalał. Trzeci etap konstruowania teorii zakazuje hamowania się w tym szaleństwie. Trzeba iść do przodu, bo nawet jeśli się pomylimy, teoria musi powstać. Tak właśnie – drodzy Państwo – myśli się po stanfordzku i tego nam wszystkim chyba należy życzyć. Nawet jeśli to, co Państwo właśnie przeczytaliście jest tylko symulacją.