Następcy pana Kleksa

przez marc

Jan Brzechwa bez wątpienia jest wybitnym – choć zapomnianym – prekursorem wyrafinowanej technologii. W dziedzinie tej o kilka długości przeskoczył samego Juliusza Verne’a: cóż to bowiem za sztuka wymyślić łódź podwodną – polski autor (jeszcze przed 1946 rokiem) osobiście wykoncypował drona. Dron Brzechwy występuje w „Akademii pana Kleksa” przybierając postać prawego oka tytułowego bohatera. Gdy Kleks życzy sobie zobaczyć coś, co znacznie oddalone jest od niego – wysyła jeden ze swoich narządów wzroku. W zasięgu bajkowego drona jest nawet naturalny satelita ziemi, którego misja polegała na podglądaniu księżycowych ludzi. Latające oko nikogo dziś nie dziwi, w sprzedaży dostępna jest nawet specjalna zabawka o tej nazwie – taniutki dziecięcy wiropłat. Z samą ideą drona dzieją się jednak rzeczy, o których nawet Brzechwie się nie śniło.

Jakiś czas temu konstruktor z miasta Boston opatentował kamerę do podrzucania. Urządzenie ma wymiary zbliżone do piłki tenisowej, zawiera trzy obiektywy skierowane w trzy różne strony i nazywa się Squito. Zadanie operatora piłeczki jest proste: ma ją tylko włączyć; resztę (zdjęcia lub film) Squito robi samo. Urządzenie występuje w dwóch wersjach – dziennej i nocnej – odmiana druga rejestruje obraz w podczerwieni. Może to i gadżet, choć zdjęcia (zwłaszcza te wykonane przy płaskim torze lotu) robią duże wrażenie; producent zachęca do wykorzystywania piłeczki także w ratownictwie – w końcu bez żadnego zachodu, w  krótkim czasie można obejrzeć duży, czasem niedostępny obszar. Inżynierowie ze stajni Parrota poszli inną drogą: ich dron ma tylko koła. Umieszczanie kamery na kółkach nie jest – co prawda – żadną nowością, jednak  konstrukcję zwaną Jumping Sumo z całą pewnością zaliczyć należy do ciekawszych. Wystarczyło zaopatrzyć drona w żyroskop i akcelerometr, by uzyskać wszędobylską maszynkę potrafiącą skoczyć na wysokość ludzkiego pasa. Obraz – co oczywiste – transmitowany jest na żywo wprost do smartfona czy tabletu, by widok spod łóżka mógł stać się udziałem każdego nieletniego operatora bawiącego się owym Sumo.


Jeszcze inną drogę rozwojową pokazali Szwedzi konstruując drona podwodnego. Seawolf – niewielka łódź podwodna dedykowana kamerze GoPro potrafi zanurzyć się na głębokość dziesięciu metrów i nadać stamtąd obraz w czasie rzeczywistym. Póki co – jesteśmy jeszcze przed premierą sklepową urządzenia rodem z powieści Cliva Cusslera – producent klnie się jednak na wszystkie świętości, że cena nie przekroczy tysiąca dolarów. Nie wiemy ile kosztować może następna konstrukcja – dron będący elementem ubrania. Latającą kamerę – zgodnie z koncepcyjną póki co ideą – nosić będziemy na nadgarstku zupełnie tak, jak bransoletę. Kiedy właściciel bransolety będzie chciał zrobić zdjęcie, wystarczy nacisnąć guzik, obejmujące rękę śmigła rozprostują się, urządzenie zaś wystartuje, zrobi selfie i wróci do operatora. Prototyp sprawuje się całkiem przyzwoicie, gotowe jest już nawet oprogramowanie upraszczające procedurę lotu.
Ale świat nie byłby światem, gdyby linia rozwojowa dronów zawierała się wyłącznie w prostej zasadzie postępu. Jest także regres czyli coś, co latające kamery eliminuje. „Coś” nazywa się Cyborg Unplug i dziełem inżynierów niemieckich, można je sobie kupić za (mniej więcej) 52 euro.

Cyborg pracuje w dwóch trybach: po pierwsze chroni prywatną sieć bezprzewodową przed niechcianymi połączeniami. Po drugie – jeśli napotka połączenie typowe dla drona przekazującego obraz – potrafi zakłócić transmisję. Reklamowany jest jako sprzęt chroniący naszą prywatność, filmiki pokazują w jaki sposób podłączony do gniazdka elektrycznego strażnik wyłącza obraz w kamerze drona. Producent podkreśla bardzo dużymi literami, iż nie ingerują w system kontroli lotu: to mogłoby bowiem skończyć się naprawdę źle. Przedstawiona argumentacja nie wyklucza jednak wątpliwości prawnych, no ale skoro same drony latają po obu stronach granicy legalności, trudno się dziwić, by obyło się bez emocji. Tak się bowiem składa, że napędzany rozbuchanymi oczekiwaniami konsumentów rynek wciąż dostaje nowe konstrukcje, co zaś z nimi zrobić – wie trudny do określenia procent użytkowników. Ustawodawca zaś (jak zwykle) wie jeszcze mniej.