Nowsze szaty króla

przez marc

Wcale nie dawno, dawno temu (bo chodzi o zaledwie chodzi o kilka lat różnicy), wcale nie za górami i lasami (bo w Zabrzu, najbardziej bajkowym z polskich miast) zdarzyła się przedziwna historia. Przed hipermarketem pojawiły się tajemnicze plakaty, które zapraszały do odwiedzenia wirtualnej przymierzalni. Przymierzalnię wirtualną umieszczono nie byle gdzie, bo w głównym pasażu marketu powierzając całość obsługi dwóm wróżkom ubranym jak wróżki a nazwanym dla niepoznaki hostessami. Wokół dużych monitorów zgromadził się całkiem pokaźny tłum żądny sensacji godnej tak wielkich plakatów. Wróżki nie marnowały czasu i niebawem przystąpiły do wybrania spośród zgromadzenia stosownego króla.

Demokracja poczyniła już takie postępy, że królem mógł być praktycznie każdy – nikt nie zdziwił się więc gdy na honorowe miejsce wśród hostess wkroczył dumnie młodzian zgłaszający gotowość do eksperymentu w wirtualnej przymierzalni. Wróżka nacisnęła to i owo na klawiaturze, mignęło, błysnęło i na monitorze ukazał się – jak żywy – wizerunek młodzieńca. Król na ekranie ubrany był tak, jak był ubrany w rzeczywistości czyli normalnie: spodnie, koszula, jakaś kamizelka. Monitor pokazywał również tak zwany panel boczny, który stanowił o istocie całego przedsięwzięcia. Z panelu bowiem (przy pomocy gestów) można było wybrać konkretny strój: dajmy na to koszulkę, koszulę względnie jakąś kurtkę. Kilka ruchów ręką wystarczyło, by nadać ubiorowi stosowny kolor oraz zaprezentować wybór ów na żywym, poruszającym się nieco delikwencie.


Eksperyment robił wrażenie, bo bezpośrednio widziany młodzieniec był w swoim dotychczasowym ubraniu, na ekranie zaś widniała jego podobizna odziana już w coś całkiem nowego. Obraz podawany był w czasie rzeczywistym, więc gdy król ruszył głową, obraz (łącznie z nowym strojem) poruszał się razem z nim dość wiernie, choć wykazując pewną bezwładność systemu. Technologia tryumfowała: szast, prast i zieloną koszulkę zastępowała żółta koszula, fioletowe wdzianko z kapturem oddawało pole pomarańczowemu sweterkowi. Wszystko szybko, kompetentnie i tak błyskotliwie, że tłum aż wstrzymał oddech od popisów wirtualnej przymierzalni. I wtedy zdarzyło się coś jak z Andersena – ledwo odrosły od ziemi obywatel stwierdził ze zdumieniem: – Ależ on jest ubrany! W małej, dziecięcej głowie nie mogło pomieścić się, iż ktoś korzysta z przymierzalni nie zdejmując żadnego ubrania.

Tak zwane wirtualizacje wszelkiego rodzaju przedstawiają nam rzeczywistość działającą na zasadzie ekwiwalentnej wymiany. Coś dostajemy, coś tracimy. Natura owych światów pozornych jest na ogół taka, iż koncentrują się one na zmyśle wzroku – w końcu to na nim bazujemy odbierając bodźce wysyłane przez rzeczywistość. Odbiera nam się za to pozostałe zmysły – w przypadku wirtualnej przymierzalni nie możemy więc na przykład poczuć miękkości tkaniny, jej dopasowania do ciała, miłego (lub niemiłego) wrażenia. W zamian jednak coś dostajemy – wspomnianą przez malucha możliwość przymiarki bez zdejmowania własnego stroju, szybkość przeprowadzenia całej operacji no i oczywiście – zabawę wynikającą z nowej sztuczki nowej technologii. Często dodatkowym bonusem jest niższa cena: poświęcone informatycznej tematyce miesięczniki właśnie wprowadzają wirtualne płyty z oprogramowaniem. Zamiast nośnika wydawca przykleił nam karteczkę z kodem; jeśli kod ten wpiszemy w stosownym miejscu stosownej przeglądarki internetowej – możemy pobrać z sieci stosowne programy. Dzięki zrezygnowaniu z płyty DVD czasopismo obniża koszty, bo przecież w oczywisty sposób karteczka z kodem jest bez porównania tańsza. Znów coś dostaliśmy, znów nie możemy tego dotknąć. Jest za to szybciej, wygodniej, taniej, zabawniej, nowocześniej a przede wszystkim – inaczej. Postrzeganie wzrokowe stanowi bez wątpienia istotę naszego powiązania z rzeczywistością, ale kto wie, czy na dłuższą metę pozbawianie człowieka odczuć dotykowych nie stworzy jakiejś bolesnej pustki. Może wtedy poczujemy to samo, co czuł król z bajki słysząc okrzyk ogłaszający jego nagość.