Skład redakcji

przez marc

Na samą myśl o skompletowaniu redakcji statystycznemu obywatelowi cierpnie skóra.  Czynność taka bez wątpienia wymaga nadludzkich cech: umiejętności harmonijnego wybrania właściwych ludzi oraz daru kuszenia ich właściwymi środkami finansowymi. Później zaś należy redakcję taką trzymać w ryzach, pilnować terminów oraz (tak najogólniej) użerać się ze wszystkimi o wszystko. Wszystko zaś po to, by towar zwany gazetą, radiem czy telewizją sprzedawał się jak najlepiej – odbiorca mediów bowiem (typ obrzydliwie wybredny) chce dostać produkt najwyższej jakości. Chodzi ów typ o rynku środków masowego przekazu i wybrzydza: tu skubnie, tam sprawdzi, wreszcie – zdecyduje się na to czy tamto. Tak przynajmniej było do czasu epoki serwisów społecznościowych, bo druga odsłona weba coś w tej sprawie zmieniła: miliony ludzi zaczęły kompletować własne redakcje.

Nikt swojego grona znajomych i polubionych na Facebooku redakcją nie nazywa, choć może powinien. Siebie samego statystyczny obywatel nie tytułuje redaktorem naczelnym, choć de facto nim jest. Z oczywistych powodów do redakcji zwanej potocznie gronem znajomych wpierw zapraszamy znajomych: w końcu chcemy wiedzieć co u nich słychać. To – przynajmniej na początku – trzon zespołu. Później dodajemy osoby publikujące treści zbieżne z naszymi zainteresowaniami:  speców od książek, muzyki, filmu, mody, żywienia, motoryzacji i tysiąca innych dziedzin. Zespół redakcyjny uzupełniamy dobranym gronem autorytetów z przeróżnych światów, tak zwanymi celebrytami oraz osobami, które nas zaintrygowały. Umowa jest prosta: oni mają pisać, my będziemy czytać. Ponieważ ten rodzaj dealu ma charakter bezpłatny, do nikogo pretensji o brak treści mieć nie możemy. Jednak nawet jeśli ten czy ów członek zespołu prezentuje postawę leniwca, tragedii nie ma: każdy wszak bez większego kłopotu może sobie zorganizować kilkuset znajomych a to już całkiem duża redakcja i zawsze jakaś ciekawy artykuł się znajdzie.


Kilkuset autorów dzień i noc tworzyć będzie naszą gazetę; podobną być może do znanych z papierowego życia zbiorówek typu „Angora”, gdzie przedrukowuje się teksty z wielu różnych mediów. Możemy zresztą postąpić podobnie jak „Angora” –  polubić strony gazet, radia lub telewizji i dostawać stosowne dawki twórczości. W zależności od naszych upodobań otrzymamy coś na kształt tygodnika opinii (jeśli bawią nas opinie), czasopisma dla kobiet (jeśli taka tematyka nas urządza), wydawnictwa zwanego szmatławcem (gdy lubimy plotki oraz pomówienia). Możemy zrobić sobie periodyk sportowy, historyczny, międzynarodowy, kulinarny, artystyczny czy jaki kto sobie jeszcze życzy. Nasza własnoręcznie zaprogramowana gazeta może być lewicowa, liberalna, prawicowa i nawet strach pomyśleć jaka jeszcze. Jeśli tak opisany redaktor naczelny jest wzrokowcem, do redakcji przyjmie podmioty tworzące filmy i teksty; jeżeli ma charakter słuchowca – ograniczy się do treści audio: publicystycznych lub muzycznych. Gdy posiada naturę kinestetyka – powrzuca sobie polityków i wieczne poruszenie ma zagwarantowane. Czasem trafiają się facebookowi dziennikarze – oszuści, którzy zamiast treści pożądanych wciskają reklamę. Od czasu do czasu okaże się, iż któryś z redaktorów jest albo tak zapracowany, albo tak leniwy, że pod jego nazwiskiem ukazują się treści stworzone przez kogoś zupełnie innego. Zatrudnienie w takiej redakcji nie jest (na szczęście) ani wieczne, ani niczym zagwarantowane. Jeśli któryś z naszych autorów nam się nie podoba, możemy go zwolnić z roboty jednym ruchem myszy poprzez usunięcie z listy znajomych lub zalajkowanych. No i – rzecz jasna – przyjąć na jego miejsce nowych, lepszych, ambitniejszych.

Choć ten prosty opis nie wyczerpuje całej natury tworu zwanego Facebookiem, pokazuje jedną z jego twarzy. Twarz środka masowego przekazu, który dla każdego jest inny nie tracąc przy tym dynamizmu, oryginalności i świeżości. Oblicze spersonalizowanej gazety tworzonej przez wielu ludzi dla pojedynczego człowieka, który – choć nawet mu to przez myśl nie przejdzie – jest poważanym redaktorem naczelnym z całkiem niezłym, bo spełniającym wymagania szefa zespołem.