Coś dla babci

przez marc

Ponieważ zdecydowana większość piosenek jest o niczym, warto czasem zwrócić uwagę na utwory traktujące o czymś – chociażby o babci. O babci (i to z wielce głębokim przesłaniem) opowiada śpiewanka napisana przez Wojciecha Młynarskiego. Tytuł: „Po co babcię denerwować”. By nie denerwować babci, piosenkowa rodzina – mimo nawiedzających familię nieszczęść typu śmierć wujka, wypadek kuzynki czy aresztowanie taty – zataja przed staruszką przykre fakty. Na bezpośrednie pytania zaś odpowiada tyleż optymistycznie, co kłamliwie. Tekst bez wątpienia ma podtekst i przez lata tak zwanego realnego socjalizmu uważano, iż babcią jest naród, który władza okłamuje, by się nie denerwował. Po upadku minionego ustroju (gdy naród jednak się zdenerwował) wydawało się, że piosenka mocno straciła na aktualności. Nic podobnego.

Spojrzenie na kwestię Krymu zależy od punktu siedzenia. Jeśli ów punkt znajduje się w Moskwie, odpowiedź na pytanie „w jakim kraju leży Krym” brzmiała będzie – „w Rosji”. Cywilizowany świat jest odmiennego zdania i twierdzi, iż Krym znajduje się w obrębie państwa o nazwie Ukraina. W związku z powyższym w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy też w Polsce map zmieniać nie trzeba, ich wymiana (wszak zmieniła się granica państwowa) konieczna jest za to w Federacji Rosyjskiej. Problemy zaczynają się jednak, gdy mamy przed sobą mapę uniwersalną, globalną oraz powszechnego użytku zwaną powszechnie Google Maps. Już w kwietniu 2014 roku środowiska zainteresowane gigantem z Mountain View donosiły, iż Google (zupełnie jak jakieś suwerenne państwo) uznało aneksję Krymu poprzez zaznaczenie na cybermapie granicy z nowym przebiegiem. Globalna mapa zachowała się jednak dość przewrotnie, bo nowa granica widoczna była jedynie dla użytkowników z Rosji. Cała reszta świata widziała linię przerywaną, co oznacza tak zwaną granicę nieustaloną.


Polityka dawania Panu Bogu świeczki i wręczania ogarka diabłu została nawet potwierdzona słowami rzeczniczki rosyjskiego oddziału Google (niejakiej Świetłany Anurowej), która użyła pojęcia „specjalne oznaczenia”. Niezależnie od specjalności owych oznaczeń faktem jest, że jedni widzowie Google widzą jedno, inni – coś skrajnie innego. Jeżeli spojrzymy na sprawę z punktu widzenia Google Maps – może w polityce tej jest jakiś sens. Wszak w Rosji Google wcale nie jest takim potentatem, jak na pozostałym obszarze świata, Yandex trzyma tam twardo połowę rynku wyszukiwania. W dodatku jest ósmą pod względem obsługiwanych zapytań wyszukiwarką świata i wyprawa na wojnę ze statystycznym zjadaczem rosyjskiego internetu na pewno Googlom na zdrowie nie wyjdzie. Po co Wanię denerwować, niech się Wania cieszy. John, Hans i Janek też będą zadowoleni, bo u nich kreska jest przerywana i basta. Pomysł bez wątpienia jest rozwojowy i wymaga szerszych, kreatywnych rozwiązań. Co z ambasadami Federacji? Przecież da się wyodrębnić konkretny komputer i podać jego właścicielowi ulubioną wersję. A co z użytkownikami – dajmy na to – amerykańskimi, którzy (bo przecież są i tacy) chętnie uznają aneksję Krymu? To także żaden problem, bo preferencje polityczne już teraz można określić z całkiem sporym prawdopodobieństwem na podstawie śladów zostawianych w sieci. Nim minie kilka, kilkanaście lat każdy z nas może więc otrzymać (zupełnie jak babcia z piosenki) taką wersję rzeczywistości mapowej, która będzie w pełni go satysfakcjonować. W związku z powyższym niniejszy felieton  posiada aż trzy tak zwane puenty, z których każdy wybrać może sobie własną.

Puenta pierwsza.
Google jednak powinno się określić po stronie wartości reprezentowanych przez demokratyczne społeczeństwa. Schlebianie gustom użytkowników poprzez mimowolne nawet akceptowanie agresywnych zachowań państwa jest karygodne.

Puenta druga.
Skoro Rosjanie mają swoje racje i my mamy swoje, nic nie stoi na przeszkodzie, by każdemu prezentować jego racje. W końcu na tym polega wolność.

Puenta trzecia.
A kogóż to wszystko obchodzi? Nie lepiej obejrzeć na YouTube jak kot spada z szafy?