Darwin: literatura faktu

przez marc

Obiegowa opinia głosi, iż internet zabija prawdziwą, papierową literaturę ponieważ obywatel ogłupiony przeróżnymi memami przestaje czytać cokolwiek dłuższego niż dwie linijki tekstu. Mało tego: globalną sieć traktuje się jak alternatywę twórczości pisarskiej stawiając na szali wybór – albo to, albo to. Prawda tymczasem jest nie tylko znacznie bardziej skomplikowana, ale także zdaje się zaprzeczać wspomnianej teorii. Po pierwsze bowiem: to techniki teleinformatyczne wprowadziły prawdziwą rewolucję w edytorstwie – praktycznie każdy może wydać nie tylko jakiś tam własny kalendarz, ale również album czy książkę. Po drugie – internet dał nam dostęp do dzieł poligraficznych na niespotykaną skalę – bez żadnego zachodu możemy zajrzeć do dziewiętnastowiecznych druków ulotnych o kanonie nie wspominając. Po trzecie wreszcie – sieć dostarcza tylu tematów literackich, że (czy się to komuś podoba, czy nie) na pewno spotkamy je w literaturze.

Mamy jeszcze jeden podarunek internetu: wydrukowany na papierze i oprawiony w eleganckie okładki – to twórczość, która narodziła się w sieci, później zaś wydano ją na nośniku tradycyjnym. To blogi – wpierw przebijające się w świecie cyfrowym, które znalazły swojego tradycyjnego czytelnika. To papierowa Wikipedia – albo tytułem eksperymentu stworzona przez brytyjskiego studenta, albo oficjalnie zapowiedziana przez samych autorów największej tego typu struktury na świecie. To wreszcie cały zestaw pomysłów, które z małego, wirtualnego kiełka wyrosły na potężne drzewa literatury faktu. Literaturą faktu są bez wątpienia historie z cyklu „Nagrody Darwina”. Wpierw zjawisko to bazowało na dwustronnych kontaktach i rozpowszechniane było przy pomocy list mailingowych czy zwykłych maili. Później przeskoczyło na strony www, zaś po zdobyciu stosownej popularności weszło na zupełnie tradycyjne orbity. Niejaka Wendy Northcutt (absolwentka wydziału biologii molekularnej w Berkeley) opracowała kilka arcyciekawych papierowych tomów z opisem najciekawszych przypadków nagrodzonych trofeum głównym lub przynajmniej nominacją do Nagrody Darwina.


Mamy tam wszystko – na przykład kryminał: opowieści o przestępcach – idiotach. O francuskim złodzieju pozbawiającym bagażu uczestników międzynarodowych spotkań, który wyrywał torby i oddalał się z miejsca przestępstwa imponująco szybkim sprintem. Na swoje nieszczęście jedna z toreb należała do rekordzisty Stanów Zjednoczonych w biegu przez płotki, w dodatku przy incydencie obecny był rekordzista świata w biegu na sto metrów. Obaj biegacze – zawodowcy nie dali żadnych szans amatorowi. Albo historia amerykańskiego złomiarza, który w składzie metali zauważył wybitnie atrakcyjną miedzianą rurę i postanowił ją wpierw odpiłować, potem zaś – upłynnić. Rura była jednakowoż nie tyle na składzie, co na wyposażeniu – zawierała w sobie gruby kabel z pokaźną ilością elektryczności w środku. Złodziej zamiast łupu znalazł śmiertelne porażenie prądem. Jest i romans – przypadek odrzuconego kochanka, który – by udowodnić swoje poważne zamiary – przeciął sobie tętnicę szyjną przy pomocy piły łańcuchowej. Mamy opowieść o parze włoskich kochanków, którzy – chyba ze względu na potrzebę przeżywania silnych emocji – zdecydowali się na seks w samochodzie jadącym z prędkością 120 kilometrów na godzinę. Znajdziemy i wątek terrorystyczny: pewien pan wysłał pocztą (w morderczych celach) paczkę – pułapkę eksplodującą natychmiast po otwarciu. Ponieważ nakleił na przesyłkę znaczki zbyt niskiej wartości, wróciła ona do nadawcy, nadawca zaś – otworzył ją i zdetonował własnoręcznie przygotowaną bombę.

Na książki z cyklu „Nagrody Darwina” esteci literaccy zapewne będą kręcić nosem. Ale nie zmienia to faktu, iż czyta się to bardzo dobrze i wydawnictwo kierujące pozycje te na polski rynek na pewno podjęło dobrą decyzję ekonomiczną. W dodatku nie zabraknie im nigdy kolejnych tomów, bo tak długi jak kretyni są na świecie, tak długo pani Wendy będzie miała co publikować, a wydawca – wydawać. A kiedy już przyzwyczaimy się do internetowych książek drukowanych na papierze dla wszystkich oczywiste będzie, iż sieć i literatura to nie opozycja. To często jedno i to samo. Samo życie.