Go Pro Memoria

przez marc

Ta kamerka zawsze dawała się lubić – głównie za sprawą bardzo wysokiej jakości nagrań nieosiągalnej dla większości konkurentów. Wysoką cenę rekompensowała różnorodnością wersji dostosowanych do przeróżnych potrzeb, przyprawiającym o zawrót głowy bogactwem osprzętu dodatkowego oraz stałym rozwojem technologicznym. Można zaryzykować twierdzenie, że od niej zaczęło się powszechne używanie sportowych (choć nie tylko sport na tym zyskał) rejestratorów wideo. Z powodu przelicznych zalet stała się obiektem kultowym a ludzie prześcigali się w pomysłach, gdzie ją zabrać. Górnicy (w nadziei, że wodoszczelna obudowa ochroni ją przed pyłem węglowym) zjechali z nią pod ziemię, piloci myśliwców zabrali kilkanaście kilometrów nad ziemię. Grotołazi, kajakarze, rolkarze, surferzy, puzoniści – wielu miało swój własny pomysł na wykorzystanie GoPro. Ale nagle coś pękło.

Konkretnie to pękł kask narciarski Michaela Schumachera, sam kierowca wyścigowy zaś przez pół roku walczył ze śpiączką; o zdrowie będzie musiał powalczyć jeszcze dłużej. Później pękła reputacja GoPro, bo francuscy eksperci po dokładnym zbadaniu kasku stwierdzili, iż jego pęknięcie mógł spowodować uchwyt opisywanej kamery. Gdyby chodziło wyłącznie o komentarze w internecie (łatwo wyobrazić sobie ich temperaturę), sprawa być może nie byłaby warta zainteresowania: ot – kolejna dyskusja ekspertów – amatorów znających się na wszystkim i zdolnych do ferowania wyroków na poczekaniu. Problem jednak jest znacznie poważniejszy, bo firma produkująca GoPro na własnej skórze odczuła siłę wirusowego marketingu negatywnego. Dokładnie odzwierciedla to wykres wartości akcji: po debiucie w maju firma szybko osiągnęła wysokie wyniki we wrześniu i na początku października. Nie minęła jeszcze połowa ostatniego z tych miesięcy, gdy przyszło poważne załamanie sięgające wartości kilkunastoprocentowej. Straciła firma, najprawdopodobniej stracą też inwestorzy.


Do kosza wyrzucić można reklamówki filmowe najnowszych modeli, w których mocowanie kasku narciarskiego gra pierwsze skrzypce, bo nie da się polemizować z tysiącami wpisów obrazowo analizujących relację między kamerą a mózgiem  Schumachera. Sprawa jest zresztą z gatunku nierozwiązywalnych, bo nikt nigdy się nie dowie co by było gdyby sławny kierowca miał inną kamerę, zamocował ją inaczej lub nie miał jej wcale – w końcu równie dobrze (przy odpowiednio dobranych okolicznościach) zabić może nas samochodowy rejestrator wideo zamocowany na przedniej szybie auta. Z drugiej strony przyznać trzeba, że być może opisywany wypadek jest jakimś znakiem czasu: w końcu mocujemy przeróżnego rodzaju kamery gdzie się tylko da: na latających nad tłumami dronach, wyposażeniu spadochroniarskim (gdzie o wypadek także nietrudno), poza obrysem zewnętrznym samochodu, na bardzo podejrzanych wysięgnikach, których solidność stoi pod olbrzymim znakiem zapytania.

Mówi się, iż prawo związane z technologią pisane jest krwią ofiar, nikt zresztą nie policzył ile osób zginęło, a ile zostało rannych nim wprowadzono trzypunktowe pasy bezpieczeństwa w samochodach, w samolotach zaś zaczęto dublować co ważniejsze elementy newralgicznych systemów. Nawet najmniejszy detal może przynieść zagrożenie: w końcu są ludzie poranieni przez znaczek firmowy Mercedesa zamocowany na masce pojazdu. Ten sam znaczek, choć tym razem przyklejony do kierownicy, został wypalony na przedramieniu pechowego kierowcy. Po incydencie pozostał mu specyficzny i mało estetyczny tatuaż, który prezentuje wszem i wobec w internecie. W Alpach zderzyły się dwie legendy: legenda mistrza Formuły 1 i legenda niewielkiej kamery: to kolejny przykład pisania historii rozwoju technologicznego przy pomocy krwi. Z jednej strony będziemy więc mieli cały zestaw działań producentów sportowych kamer: na pewno zrobią oni wszystko, by sprzęt w razie wypadku był poza podejrzeniem. Przekonstruują uchwyty, być może zastosują inne materiały, z całą pewnością zajmą się sprawą tą na poważnie. Ale stanie się coś jeszcze: użytkownicy mikrorejestratorów przed wpięciem ich do swojego kasku zawahają się, zastanowią, pomyślą. I to też jest postęp, choć krwią pisany.