Obywanie bez

przez marc

Internetowe środowisko oferuje nam niebywałe spektrum możliwości; także w dziedzinie radzenia sobie (obywania się) bez tak zwanych elementów niezbędnych. Mamy więc porady jak zakręcić sobie loki bez użycia lokówki albo wykonać porządnego kotleta przy założeniu, że nie będzie w nim ani grama mięsa. Są samouczki pozbywania się moli z szafy bez użycia preparatu na mole oraz kupowania alkoholu przez młodocianych bez dowodu osobistego. Prawdziwa wyższa szkoła jazdy to robienie zdjęć bez aparatu fotograficznego oraz wykonywanie fotomontaży bez programów graficznych. Zatrzymamy się jednak nad sztuką, która zaczyna święcić prawdziwe tryumfy – umiejętnością robienia filmów bez kamery.

Początki filmów bez kamery (za to przy użyciu komputerowej gry) giną w mrokach prehistorii, jeszcze przed rozpoczęciem ostatniej dekady dwudziestego wieku. Środowiska zwane demoscenami grupujące ludzi zafascynowanych możliwościami pierwszych komputerów osobistych (i z upodobaniem możliwości te pokazujących) tworzyły tak zwane dema. Dema to graficzne popisy wzbogacone muzyką, które nie tylko miały powalić widza na kolana swą widowiskowością, lecz częstokroć stanowiły wirtuozerski popis programisty – zdarzały się wyrafinowane produkcje o objętości piętnastu kilobajtów czyli coś, co dziś ludziom praktycznie w głowie się nie mieści. Mistrzami takich filmików byli użytkownicy platformy Amiga. Z grami miało to wspólnego tyle, że dema – legalnie lub mniej legalnie – często umieszczano w sekwencji startowej jakiejś mniej lub bardziej udanej strzelanki czy platformówki. Na następny krok trzeba było czekać kilka dobrych lat, gdy domorośli miłośnicy grania graniem owym zaczęli chwalić się w serwisach filmowych. Sukcesy na trudnym poziomie, niespotykana scena, płynna grafika generowana przez dobrą kartę graficzną: powodów do pokazywania zapisów z gier zawsze było sporo.


Później pojawili się domorośli twórcy, którzy zauważyli, iż ich ulubiona gra dziwnym trafem harmonizuje z ich ulubioną muzyką. Brali więc podkład dźwiękowy, dodawali sekwencje z gry i umieszczali na YouTube (co zresztą czynią do dziś). Amatorzy przetarli szlak zawodowcom – twórcy filmów dokumentalnych, zwłaszcza tych dotyczących konfliktów wojennych, historii, technologii zorientowali się, iż dysponują niespotykanym do tej pory narzędziem. Skoro kombajny do grania zawierają tysiące gotowych modeli samolotów, pojazdów kołowych i gąsienicowych, potrafią wygenerować kilka batalionów dowolnej armii – ba, w dodatku umożliwiają pokazywanie tego wszystkiego z dowolnej perspektywy, może po prostu uzupełnić dokument realistycznymi kadrami z pola walki? W technice tej osiągnięto już prawdziwą perfekcję: gdy lotnik z czasów wojny koreańskiej  opowiada o swoich powietrznych pojedynkach widzimy jego samolot (w każdym szczególne odpowiadający realiom) wykonujący przeróżne manewry (w każdym szczególe odpowiadające realiom, o których mowa) oraz jego przeciwnika (w każdym szczególne odtwarzającego tę konkretną walkę). Film o bitwie pancernej pod Kurskiem nie tylko przedstawia relacje weteranów obu walczących stron, lecz ukazuje także rekonstrukcję tego, o czym mówią uczestnicy walk. To prawdziwa maszyna do cofania się w czasie, w dodatku niezwykle widowiskowa, bo kadry zza statecznika pionowego samolotu potrafią zrobić piorunujące wrażenie.

Końca zabiegów nazywanych robieniem filmu bez kamery oczywiście nie jesteśmy w stanie opisać – proces ten trwał będzie jeszcze bardzo długo. Na razie mamy nowe słówko – machinima czyli sposób robienia filmów przy użyciu kadrów z  gotowych gier lub jedynie przy pomocy zasadniczego mechanizmu: silnika aplikacji. Metodą tą pracują nie tylko wielbiciele serii Gothic (choć w ich aktywność nikt wątpić nie może), ale i zawodowi twórcy światowej kinematografii. Kierunków rozwojowych będzie zapewne tyle, ile mamy gier, kolejnym punktem zwrotnym – a eksperymenty już trwają –  może być po prostu program do tworzenia filmów. Wtedy każdy – korzystając z możliwości wyboru postaci, scenografii, rekwizytów, możliwości doboru ruchu poszczególnych elementów oraz możliwości kreowania fabuły – zrobi sobie co tylko będzie chciał. I obejdzie się nie tylko bez kamery, ale i całej aktorsko – producenckiej reszty.