Kopciuszek

przez marc

Bajka z Kopciuszkiem w roli głównej jest tak naprawdę opowieścią o łucie szczęścia. W końcu – nawet w bajce – dobrych, pięknych i uczciwych dziewcząt jest na pęczki, królewiczów mamy za to jak na lekarstwo i trzeba prawdziwej szczęściary, by jedna z milionów dostała za męża tego jednego na milion. Ponieważ internet przypomina bajkę jak żadne inne zjawisko społeczne, spróbujmy znaleźć różnicę między tym, co dawno, dawno temu opisano w bajce, a tym, co mamy tu i teraz.

Prawie tu (bo zaledwie kilka kliknięć od Polski, czyli w Stanach Zjednoczonych) i na pewno teraz – pewien trzynastolatek wystąpił na szkolnej imprezie. Siedząc za fortepianem wykonał znaną piosenkę znanej wokalistki, co uwiecznione zostało przez lokalnego operatora kamery. Operatora – dodajmy – niespecjalnie fachowego, a już na pewno pozbawionego wiary w moc statywu: nie dość, że obraz trzęsie się niemiłosiernie to na dodatek bardziej koncentruje się na prezentującej widowiskowy dekolt damie (ach te księżniczki) niż samym wykonawcy. Tak czy inaczej, filmik trafił do serwisu YouTube, gdzie – po jakimś czasie – został dostrzeżony przez prawdziwą królową talk – show, zdobywczynię nagrody Emmy – samą Ellen DeGeneres. Królowa zakochała się bez pamięci w głosie trzynastolatka; nie tylko zaprosiła go do swojego programu, gdzie został pokazany milionom widzów, ale także założyła (wyłącznie dla niego) wytwórnię płytową, by słuchać mogło go jeszcze więcej osób.


Inny współczesny Kopciuszek nazywa się Justin Drew Bieber, jego królewicz to Scooter Braun – szanowany menadżer przemysłu muzycznego. Jak to w bajkach zwykle bywa, Justin zamieścił na YouTube filmik ze swoimi piosenkami, które były na tyle dobre, że Scooterowi opłacało się zainwestować. Debiutanckie single Kopciuszka zrobiły furorę i znalazły się w pierwszej czterdziestce listy przebojów Billboard. Z youtubowego smolucha Bieber (drogą mezaliansu) stał się więc najprawdziwszym muzycznym arystokratą pierwszej wody. W przypadku tej bajki mamy do czynienia z istną pętlą czasową, ponieważ po jakimś czasie, zupełnie inny Kopciuszek – trzyletnia Cody, także zaprezentowała na YouTube swoje nagranie.  Cody jednakowoż niczego nie zaśpiewała, piskliwym, nieco płaczliwym głosikiem opowiedziała za to jak kocha pierwszego Kopciuszka – Justina Biebera. I jak to w bajce bywa, znalazł się prezenter talk – show (Jimmy Kimmel), który z kolei zakochał się w wypowiedziach Cody. Zaprosił trzylatkę do swojego programu (Justina Biebera zresztą też), by pokazać światu słodkie maleństwo. Możliwe jest, że w najbliższym czasie ktoś inny zachwyci się małą Cody i nagra na jej temat wypowiedź względnie piosenkę, co z kolei wywoła zachwyt jeszcze innego prezentera talk – show i metodą tą możemy bawić się aż braknie prądu.

Ponieważ bajka wymaga morału, morały będą i tutaj. Morałem pierwszym jest przekonanie, iż coraz łatwiej zostać szczęśliwym Kopciuszkiem. Kamery tanieją w zastraszającym tempie (statywu to nawet mieć nie trzeba), okazji do nagrań nie brakuje a prezenterów talk – show nawet w Polsce mamy prawdziwe zatrzęsienie. Na dodatek – co wykazują podane przykłady – znaczną część swojej pracy poświęcają oni dokładnemu penetrowaniu serwisu filmowego w internecie i prawdopodobieństwo, że znajdą tam właśnie nas – z dnia na dzień jest coraz większe.  Niestety – oprócz morału dobrego, mamy i zły. Porządna bajka bowiem kończyć się powinna znanym zwrotem „żyli długo i szczęśliwie”. „Długo i szczęśliwie” w większości przypadków oznaczać jednak będzie tylko kilka miesięcy. Nieliczni, prawdziwi szczęśliwcy – tacy jak Justin Bieber – pozostaną w związku z masową publicznością aż kilka lat. Demokratyzacja syndromu Kopciuszka oznacza bowiem, że skoro Kopciuszków ma być więcej, to będą one szczęśliwe krócej – w końcu w przyrodzie bilans musi wyjść na zero. A skoro przy liczbach jesteśmy, to w czasie, gdy czytałeś – Drogi Czytelniku – niniejszy felieton, na YouTube przybyło kilkaset nowych filmów. I wiele z nich ma aspiracje Kopciuszka.