Przychodzi baba

przez marc

Cywilizacyjna zmiana ostatnich dziesięcioleci zwana potocznie internetem poplątała nieco nasze tradycyjne ścieżki. Jeśli więc chcemy zacząć studia, zamiast do budynku uczelni wpierw udajemy się do Google. Gdy mamy zamiar wyjechać na wczasy, zamiast tracić czas na spacery po biurach podróży – udajemy się do Google. Map zresztą też już nie kupujemy w takiej skali, jak niegdyś, bo po co, skoro jest Google. Większość naszych problemów próbujemy rozwiązać startując z platformy globalnej wyszukiwarki, nikogo dziwić więc nie powinna sytuacja, w której człowiek chory, zamiast do lekarza idzie do Google. Być może nawet trzeba będzie zmienić znaną sekwencję „przychodzi baba do lekarza” na inną, nowocześniejszą.

Naukowo ustalono, iż 40% polskich bab (i facetów) przychodzi do Google, żeby się leczyć. Odwiedzają stosowne portale poświęcone zdrowiu, dyskutują na forach, wymieniają się opiniami o lekarstwach, lekarzach i leczeniu. Dzielą się doświadczeniami, szukają wsparcia, często znajdując je u podobnych sobie. Trudno im się zresztą dziwić – do internetu (w odróżnieniu od tradycyjnej, analogowej służby zdrowia) zapisywać się nie trzeba, kolejek nie ma, sieć zawsze ma czas, nigdzie się nie spieszy, cierpliwa jest ponad ludzkie wyobrażenie a mózg jej pojemny  nad wyraz. Dziennik „Daily Mail” – powołując się na badania brytyjskich naukowców – wystawia jednak doktorowi Google dość przykrą cenzurkę: co czwarta obywatelka Zjednoczonego Królestwa, która diagnozowała samą siebie przy pomocy wyszukiwarki popełniła poważny błąd medyczny. Wysnuto z tego wniosek, iż Google może zabić.


Dyskusja na tle leczenia przy pomocy sieci trwa w owej sieci od lat: lekarze nieodmiennie ostrzegają przed wiedzą pozorną czy fałszywą, ukazują wyższość medyka żywego nad wirtualnym, powołują się na konkretne przypadki zaszkodzenia sobie poprzez bezkrytyczne czytanie internetu. Czasem używają złośliwości i złośliwością odpowiada im strona społeczna podnosząc, iż żywi lekarze także przecież (podobnie jak doktor Google) popełniają błędy. Używa argumentu mówiącego o licznych przypadkach skutecznej pomocy przez internet, w czym zresztą trudno dopatrywać się czegoś szczególnego pamiętając chociażby o telefonicznych interwencjach policjantów ratujących krztuszące się dzieci. Nie można pominąć jeszcze jednej kwestii: koniecznego (zawsze i wszędzie) dystansu wobec maszyny, z którą współpracuje człowiek, bo przecież ktoś, kto bezkrytycznie słucha swojego systemu GPS w samochodzie prędzej czy później zamiast na parkingu znajdzie się w rzece.

Nie można o tym zapominać także czytając wyniki cytowanych badań: co dziesiąta kobieta ucierpiała wskutek diagnozy z wyszukiwarki, co piąta – analizując objawy uznała, iż cierpi na poważną chorobę, choć w istocie wcale tak nie było. W dobie powszechnej poprawności politycznej nietrudno wyobrazić sobie urzędowo nakazane ostrzeżenia w stylu „zdrowie albo Google – wybór należy do Ciebie” lub ingerencje w treści publikowane na wirtualnych łamach globalnej sieci. Ale znacznie trudniej wyobrazić sobie sytuację, w której ludzie przestaną korzystać z internetu, by dowiedzieć się czegoś o własnym zdrowiu, bo wiedzy takiej szukali zawsze i wszędzie. Raz u profesjonalnych medyków, innym razem na dnie szklanki z fusami czy ułożeniu kości zjedzonego kurczaka. Problem tylko w tym, by potrafili prawidłowo ocenić to, co sami robią. Odpowiedzieć na pytanie, czy miejsce sieciowe, w którym się znajdujemy jest publiczną lecznicą doktoryzowanego medyka, klubem osób rzeczowo rozmawiających o swoim problemie, gabinetem hochsztaplera, czy buduarem bredzącej bez sensu wróżki. Bo na pierwszy rzut oka różnice między wszystkimi tymi miejscami mogą być niewidoczne.

Widoczne będą dyskusje, w których lekarze zarzucą amatorom sieciowej medycyny niewiedzę, amatorzy zaś zasypią lekarzy podejrzeniami o hipokryzję (w końcu sami pełnymi garściami czerpią z dorobku internetu na wszelkie możliwe sposoby) czy zwykłą zawiść konkurencyjną. To wszystko czeka nas na drodze zmian w podejściu do medycyny internetowej. Jedno tylko nie zmieni się nigdy: ta baba zawsze będzie przychodzić do jakiegoś lekarza.